- Szczegóły
- Opublikowano: 04 kwiecień 2025
Ostatnie dni wojny i pierwsze po jej zakończeniu we wspomnieniach mieszkańców.
Zwiastun kończącej się wojny. Sierpień 1944 rok, pasłem z bratem Stasiem krowy na „nowiźnie” w pobliżu „Gronicka (Groń 638 m n.p.m), była piękna słoneczna pogoda. Od północy nasilał się dziwny, nieprzerwany odgłos. Patrzyliśmy w tamtą stronę i po pewnym czasie zauważyliśmy zbliżające się dziwne stwory powietrzne. Najpierw strach, a po chwili ciekawość. Widzieliśmy jak setki samolotów leciało ponad Beskidem Śląskim w kierunku południowym. Warkot lśniących w słońcu ptaków był tak olbrzymi, że aż ziemia drżała. Jak dowiedzieliśmy się później, były to eskadry złożone z wielu amerykańskich bombowców w otoczeniu myśliwców, które leciały po wykonaniu bombardowania zakładów chemicznych w Dworach koło Oświęcimia.
Wojna miała się ku końcowi. Niemcy zostali odcięci od wielu źródeł ropy naftowej niezbędnej do napędu wszelkiego rodzaju sprzętu wojskowego. Zakłady niemieckie już w okresie międzywojennym prowadziły badania nad upłynnianiem węgla, z którego produkowali paliwo syntetyczne (benzynę). W czasie trwania wojny siłą więźniów wybudowali Fabrykę Paliw Syntetycznych w Dworach koło Oświęcimia na potrzeby zbrojeniowe. To właśnie z tego powodu zakłady w Dworach stały się głównym celem nalotu amerykańskich samolotów latem 1944 roku.
Niezapomniany widok z lata 1944r. utkwił mi w pamięci – dziesiątki potężnych bombowców, a obok małe myśliwce, jakby ich eskorta. Po przelocie samolotów ludzie z radością mówili, że straszliwa wojna z okupacją niemiecką ma się ku końcowi. (Wspomnienia Wawrzyniec Ficoń)
Widok na Cięcinę w 1940r. (fot. K. Suchanek)
W ostatnich dniach wojny, w styczniu i lutym 1945r. gdy trwał front za Żywcem, w Cięcinie stały tabory niemieckie. U nas była taka kuchnia polowa. Tutaj niemieccy kucharze gotowali strawę dla swoich żołnierzy, która dowożona była na linię frontową. Niemcy sporo jadła przywozili z powrotem, gdyż każdego dnia Niemców było coraz bardziej mniej na froncie. W tym czasie rodzina Sołtysków przebywała u rodziny w Żabnicy.- Odwiedzała dom, aby dokarmić pozostawiony w oborze żywy dobytek. Niemcy pozwolili mi zabierać resztki jadła, które donosiłam do Żabnicy przez Bukowinę. (Wspomnienia Maria Habdas)
Gdy wojna miała się ku końcowi, zimą z 1944 na 1945 rok, Niemcy zmuszali mieszkańców Cięciny i okolicznych wiosek do kopania okopów na Zawodziu, Zielonej i w Przybędzy. Prace na rzecz wojska niemieckiego, które w naszym terenie przygotowywało się do zatrzymania nacierających wojsk radzieckich, były nadzorowane przez niemieckie wojsko i policję. Do kopania okopów była przymuszona większość mieszkańców włącznie z kobietami. Kopali również nauczyciele i księża wikarzy Jan Bryndza i Władysław Gacek. Mieszkańcy nie pracujący w Odlewni Żeliwa kopali okopy w ciągu tygodnia, natomiast pracownicy w niedzielę. Kiedy Niemcy zwracali uwagę na dokładność w kopaniu rowów, kopacze szeptali do siebie: I tak nikt z tego nie będzie strzelał. Ofensywa wojsk radzieckich była tak szybka, że Niemcy nie zdążyli obsadzić wojskiem stanowisk strzeleckich włącznie z betonowymi gniazdami karabinów maszynowych. Jedno z tych gniazd zostało przewiezione na teren schrony „Wędrowiec”, gdzie można go dziś oglądać.
Pod koniec wojny, gdy front zbliżył się pod Żywiec dom Ryżków zamieniono na mały lazaret wojskowy dla około 10 rannych (w czasie okupacji niemieckiej rodziny była przesiedlona do placu Kociołków). Przywożono do nas rannych Niemców, którym udzielono pierwszej pomocy. Później przewożono ich dalej, być może, że do szpitala wojennego w Rajczy. Podobny lazaret był w Węgierskiej Górce na terenie huty. W ogrodzie Niemcy mieli też kuchnię polową, w której gotowali posiłki dla niemieckich frontowców. (Wspomnienia Józef Ryżka)

Schron Wędrowiec w trakcie budowy
Tabory niemieckie stały też w wielu placach Cięciny Górnej, co dobrze zapamiętał autor. Wojsko niemieckie było już zmęczone trwającą wojną. Brak dyscypliny, pijaństwo były na porządku dziennym. Pomagali im w tym miejscowi bimbrownicy.
Początkiem 1945 roku w Kubniowym Lasku miał miejsce dramat. Wśród Niemców byli tez Ukraińcy, byli żołnierze armii generała Własowa, zwani potocznie „własowcami”. Kilku z nich miało już dość służby w wojsku niemieckim i zapragnęło wolności. Niestety próba ucieczki nie powiodła się – zostali schwytani między Cięciną, a Brzuśnikiem (z relacji pamiętających tamten czas). Wyrok sądu wojskowego mógł być tylko jeden – śmierć przez rozstrzelanie. „Głębaczyzna” w Kubniowym Lasku była ich miejscem kaźni. Wybrane miejsce obstawiono kordonem żandarmerii wojskowej. Jeden ze skazanych wyrwał się Niemcom i zaczął uciekać w stronę zabudowań placu Dyrlagów. Tuż przed zabudowaniami dosięgły go dwie kule. Jedna z nich raniła go w rękę, po drugiej padł i już się nie podniósł. Dwóch pozostałych rozebrano z mundurów niemieckich, przywiązano do drzew i rozstrzelano. Ciała rozstrzelanych pochowano we wspólnej mogile w miejscu wykonania wyroku. Po przejściu frontu, jeszcze w kwietniu 1945 roku, miejscowi mieszkańcy ekshumowali zwłoki nieszczęśliwców i przewieźli na cmentarz parafialny w prowizorycznych trzech trumnach, gdzie ks. Jan Bryndza odprawił zamordowanym należny pochówek. (Wspomnienia Wawrzyniec Ficoń)
W dniu 5 kwietnia 1945 roku do Cięciny wkroczyło „wyzwolicielskie” wojsko Armii Czerwonej. Z początku wśród ludności zapanowała euforia, ale wkrótce okazało się, że ci żołnierze tez byli już zmęczeni wojną. Ich zachowanie pozostawiało wiele do życzenia. Znane były przypadki, ze w chałupach, nawet biednych, niszczyli bagnetami wyposażenie izb, jak pierzyny i poduszk, krzycząc przy tym „burżuj”. Oczywiście pod wpływem alkoholu. Na szczęście nie byli długo, gdyż musieli podążać za frontem.
Większość żołnierzy Armii Czerwonej wkroczyła do Cięciny „cesarką”. Przez Wieprz dotarła do Cięciny szpica, a wśród nich 2 żołnierzy z taczanką. Obydwaj zostali zastrzeleni przez Niemców z lewej strony torów kolejowych, powyżej Franciszka Stopki i tam była ich pierwsza mogiła. Po przejściu frontu ciała ich zostały ekshumowane i przewiezione przez Rosjan do Moszczanicy na cmentarz wojskowy. (Wspomnienia Wawrzyniec Ficoń)
W ostatnich dniach wojny Stopkowie mieszkali w szopie. Ich dom zajmowali Niemcy, którzy na strychu umieścili karabin maszynowy z obsługą strzegącą most kolejowy i drogowy. To właśnie z tego karabinu został zastrzelony partyzant z Żabnicy o nazwisku Golec w czasie akcji na niemieckiego rolnego mieszkającego w domu Wróblów u Szczuroni.
Rodzina Eugeniusza Tomiczka pochodząca od Figurów we wrześniu 1939 roku shcroniła się na kilka dni w Juszczynie u rodziny Greniów. W czasie okupacji Eugeniusz wraz z rodziną zmieniał miejsce zamieszkania kilkakrotnie, kiedy niemieccy osadnicy przejmowali domy Polaków. Po zakończeniu działań wojennych zamieszkał z rodziną pod Juraszkami:
Pierwszy dramat wojenny jaki zapamiętałem z pierwszych dni września 1939 roku to martwy zakrwawiony żołnierz polski leżący na skarpie w pobliżu mostu kolejowego. Miał na ciele kilka ran zadanych prawdopodobnie sztyletem, widocznie jeszcze żył, gdy mu je zadano. Zabitego obrońcę Węgierskiej Górki przeniosła na swoje podwórko rodzina Stopków mieszkająca w pobliżu.
Armia Czerwona wkroczyła do Cięciny od strony Wieprza i od strony Brzuśnika. Być może, że ci drudzy szli z Trzebini przez Juszczynę, aby okrążyć Niemców. Głównie siły czerwonoarmistów podążały za Niemcami cesarką. Pamiętam jak dziś, gdy jako małe dzieci szliśmy patrzeć na nich, gdy podążali przez Przybędzę w górę Soły za uchodzącymi Niemcami – dopowiedziała żona Eugeniusza, Maria. (Wspomnienia Franciszek Stopka)
Po wojnie, długo odnajdywano w terenie resztki amunicji po obecności wojska polskiego, niemieckiego i radzieckiego. Materiały wybuchowe pozostawili po sobie również partyzanci. Autor dobrze pamięta jak starsi koledzy przynieśli z Bukowiny, gdzie były gniazda strzeleckie, cały łańcuch (sznur) z nabojami do ciężkiego karabinu maszynowego (CKM). Z łusek wyciągali pociski, z których odzyskiwano przez wytapianie ołów. W żeliwnych foremkach, wykonanych w hucie, odlewano małe żołnierzyki. Mieć kilka lub nawet jednego żołnierzyka było wtedy pragnieniem każdego małolata.
Piszący pamięta też wypadek, jaki przytrafił się w lesie pomiędzy Matlakówką a Słowianką. Moje kuzynostwo z Ficońki: Tomek, Agata i najmłodszy Franek zbierali grzyby. W pewnym momencie najstarszy, Tomek, zaczął wołać: Mom prawoka! Mom prawoka! Dziwny to był grzyb, który w czasie zabawy z nim zaczął syczeć. Tomek odrzucił go od siebie i w tym momencie nastąpił wybuch. Urazu nogi doznał Franek, którego trzeba było odwieź do szpitala. Na szczęście poza groźnie wyglądającą raną podudzia kości nie były uszkodzone. Można przypuszczać, że mógł to być granat zagubiony przez partyzantów.
Po odzyskaniu „niepodległości” Cięcina pomału wracała do normalnego życia. Zaczęło kwitnąć życie kulturalne na wzór przedwojennego. Wystawiano sztuki teatralne znanych polskich klasyków, również i jasełka bożonarodzeniowe cieszące się dużym powodzeniem. W Kółku Rolniczym organizowano zabawy, w których mieszkańcy brali liczny udział. Pierwsze dwie zabawy swą obecnością zaszczycili partyzanci, będący w mundurach wojskowych i w pełnym uzbrojeniu. Były to wizyty krótkie, gdyż obawiano się zbrojnej akcji służb bezpieczeństwa. Żołnierze podziemia brali też udział w dożynkach na „borach” pod przystankiem PKP w 1945 roku. (Wspomnienia Franciszek Wojciuch)
W czsie wojny okupant niemeicki zmienila nazwę Cięciny na naze niemeicką. W latach 1939 - 1945 nosiła nazwę Hildehammer.
Fragment książki "Cięcina wieś piastowska" autorstwa W. Ficonia.
fiddler














Czytaj więcej...